Na marginesie ateńskiego kalendarza

 

Ciekawe to było doświadczenie, przygotowywanie na stronę ateńskiego kalendarza świąt. Rodzi wiele przemyśleń.

Pierwsze zawarłem w poprzednim wpisie - to przecenianie przez nas mitu. Wyraźnie widać to na przykładzie pierwszego święta: Kronii. Znacie Kronosa z mitologii? To ten brutal, który pożerał własne dzieci. Którego Shinoda Jean Bolen odmalowała jako archetyp patologicznego ojca. Jak wyobrażacie sobie święto na jego cześć? Zapewne nie powinno się obejść bez czegoś makabrycznego. Tymczasem święto to wesołe, rolnicze, pełne zabaw i radości z zebranych plonów.

Kolejne święto, Panatenaja, z barwną procesją niosącą peplos dla Ateny. Jak powinniśmy obchodzić to największe chyba święto Ateńczyków? Przecież po prostu nie da się tak jak oni. Nie jesteśmy ateńczykami, nie mamy nawet swej świątyni. Po drugie, czym to święto powinno być dla nas, co powinno znaczyć? Sądzę, że to nie jest coś, co powinniśmy po prostu przejąć, powinno być to coś, co przekształcamy. Oczywiście różni helleniści dokonują takich reinterpretacji, przykłady ich będę zamieszczał, ale w porównaniu do pierwowzoru pozostają tylko namiastką, przede wszystkim, jeśli chodzi o znacznie. Tak sobie myślę, że więcej by z niego zostało, gdyby zmodyfikować je odważniej. Można by to święto np. przemianować - ciągle blisko pierwowzoru - na święto pogańskich korzeni Europy.

Inna myśl: opracowując kalendarz napotkałem na wiele świąt Bóstw lokalnych, o których tylko z wielkim trudem udało mi się czegokolwiek dowiedzieć, np. to, że byli czyimiś rodzicami czy potomkami. Rodzi to pytanie o granice w których rekonstrukcjonizm jest jeszcze sensowny. Czy mamy z nabożeństwem czcić nimfę strumyka, który przepływał w okolicy Aten, który to strumyk może już nie płynie, a jeśli, to przecież bardzo daleko od naszego domu. Jaki mamy z nim związek? Rutilius ostatnio zaczął bardzo ostro wypowiadać się przeciwko łączeniu panteonów, ale dla mnie aż się prosi, by zamiast tych tajemniczych bóstw powpisywać do kalendarza jakieś nasze rusałki czy boginie Wisły, Odry, Warty - gdzie kto mieszka.

Jeszcze o łączeniu panteonów. Moim zdaniem nie jest to pytanie czy ale jak. Do mnie również nie przemawia prosty eklektyzm i to niezależnie jak uświadomiony - czy na poziomie wicca eklektycznego czy wicca „prawdziwego”. Wydaje się on po prostu sztuczny, nienaturalny. Ale dlaczego obok Zeusa z różnymi przydomkami, czasami czysto lokalnymi, albo już zapomnianymi, których znaczenia możemy się domyślać jedynie z sensu greckich słów, dlaczego obok, albo nawet zamiast jednego z tych Zeusów nie czcić Zeusa Peruna, Władcę Słowian? Dla mnie byłoby to całkiem naturalne.

Inna refleksja okołokalendarzowa: ileż tu ciągle pozostaje znaków zapytania! Nawet w najlepiej zrekonstruowanym kalendarzu często po prostu nie wiadomo, kiedy dane święto się odbywało. A to przecież tylko święta, kwestia daty. A jaki procent wiemy z tego, co się wówczas faktycznie działo? Mówiąc wprost: jaki procent religii pogańskiej jesteśmy w stanie zrekonstruować na drodze badania źródeł? I jak istotne to będą procenty? Weźmy kluczowy przykład: religii greckiej nie byłoby bez misteriów. Były one dopełnieniem, przeciwwagą, uzupełnieniem publicznego kultu polis. Tymczasem tu właśnie mamy olbrzymi wyrwany i zagubiony fragment naszej rekonstrukcyjnej mozaiki. Czym go zapełnić? Sądzę, że są dwie drogi. Albo własną twórczością, jak to próbował sugerować Zaratustra, albo na drodze zapożyczeń z innych autentycznych religii pogańskich. Ale znowu, zapożyczeń bynajmniej nie eklektycznych, ale przetrwaionych, przyswojonych, naturalizowanych do własnej tradycji.

A zatem ostateczny sens moich dzisiejszych prowokacji jest taki: tradycja, którą chcemy kontynuować ma wiele sporych dziur wyżartych przez czas i wrogich ludzi. Czyniąc się niewolnikami tradycji stajemy się niewolnikami tychże dziur. Sądzę, że taki dziurawy twór jest równie cudaczny jak potwór Frankensteina.