Spójrzmy prawdzie w oczy: nie jestem rekonstrukcjonistą. Do wniosku takiego doszedłem po zapoznaniu się w wydobytą przez Zaratustrę (z takich zakamarków Internetu, o jakich nie wiedziałem) pierwszą polską stroną hellenistyczną, Eremią. Gdy strona zanikła, ja dopiero wolno dochodziłem do pogaństwa, nie wiedząc nawet co to hellenizm. Nikt mi hellenizmu nie przekazał, nie zostałem do niego inicjowany czy w inny sposób wprowadzony przez żywy przykład. Podążałem za światłem, którym był dla mnie (podobnie zapewne jak dla pozostałych założycieli antychrysta) cesarz Julian. Podzielając jego rozczarowanie chrześcijaństwem tym bardziej zapragnąłem poznać to, ku czemu on się zwrócił.
Gdy "świat pogański" dzielił mi się jeszcze na "rekonstrukcjonistów" i "neopogan", gdy ci ostatni jawili się jako wyluzowani kombinatorzy, wydawało mi się, że jestem rekonstrukcjonistą, Może dlatego, że nie spotkałem się z "prawdziwymi" rekonstrukcjonistami. Dopiero lektura Eremii, przypominająca wyprawę archeologiczną do minionego świata (a to ledwie kilka lat!) skonfrontowała mnie z nieco inną wizją rzeczywistości.
Czytam np. wywiad z autorem, gdzie znajduję następujące zdania:

